Roman Reinfuss

Krystyna Reinfuss

Fot. Archiwum STLW 2010 roku minęło sto lat od narodzin mojego ojca – Romana Reinfussa. W tym jubileuszowym roku odbywały się liczne zebrania, sesje, wystawy poświęcone Ojcu, a także mojej Mamie Zofii Cieśli Reinfussowej (ur. 1910 r.). Osoby biorące udział w obchodach omawiały różne aspekty pracy naukowo-dydaktycznej Ojca. W udziale przypadło mi powiedzenie, jaki był, na co dzień i od święta. Zadanie trudne, bo na to, jaki był w dorosłym życiu, miało wpływ wychowanie w domu rodzinnym, różne przeżycia, a nawet to, że był jedynakiem, którego wychowywały same kobiety (matka, niania, służąca).

Ojciec urodził się w Przeworsku. Rodzice to Franciszek Reinfuss i Zofia Mnerkówna. Franciszek był radcą sądowym przenoszonym do coraz to innego miasta (Głogów Małopolski, Gorlice, Przeworsk, Tarnów i inne) w zaborze galicyjskim. Około 1898 roku zamieszkał w Głogowie Małopolskim, w którym poznał młodziutką Zosię, czternastoletnią córkę, dyrektora szkoły, założyciela Kasy Oszczędnościowej, sponsora działalności towarzystwa Sokół i straży pożarnej, Rudolfa Mnerki. Zosia (ur. 1884) miała starszą siostrę Leokadię (ur. 1876) oraz brata Władysława (ur. 1878).

Córki Rudolfa Mnerki przez parę lat pobierały naukę w klasztorze w Przeworsku, jedynie syn skończył prawo i jako sędzia osiadł w Gorlicach. Rudolf Mnerka był człowiekiem dość zamożnym, bardzo towarzyskim, na wspólne eskapady zabierał zakochanego w Zosieńce Franciszka, który o wszystkim informował ukochaną w listach. Zofia często towarzyszyła chorej matce “do wód”. Ojciec Zosi, “dusza towarzystwa”, w domowych pieleszach był chyba tyranem.

Ciągle kłócił się z synem, który uciekał nawet do stryja, a córkom wybierał mężów. Starszej córce na męża wybrał urzędnika magistrackiego Piotra Banasia starszego o 27 lat od Leokadii. Ukochanej Zosieńce pozwolił poślubić Franciszka starszego tylko o 15 lat. Ślub odbył się w 1902 roku. Małżonkowie zamieszkali w Gorlicach, dokąd przeniesiono Franciszka. Około roku 1909 Franciszek Reinfuss został skierowany do Przeworska, w którym 27 maja 1910 roku urodził się Roman.

W Przeworsku rodzina Reinfussów mieszkała krótko. Wybuch I wojny światowej zastał ich w Tarnowie, skąd ewakuowali się przed zbliżającą się armią rosyjską do Nowego Sącza a następnie do Wiednia. Do Tarnowa wrócili w 1916 roku. W tym roku Roman rozpoczął naukę w pierwszej klasie w tarnowskiej szkole podstawowej. Franciszek Reinfuss, ojciec Romana, zmarł nagle w 1919 roku. Został pochowany na cmentarzu w Tarnowie.

Młoda wdowa, przyzwyczajona do mężowskiej troski i opieki, otoczona zawsze liczną służbą (kucharka, gosposia, niańka), zupełnie nie umiała żyć z niskiej renty przyznanej po śmierci męża. Babcia, wzorem swojego ojca, ceniła sobie bardzo towarzystwo, spędzała czas ze znajomymi grając w karty. Ponieważ stale brakowało jej pieniędzy, pożyczała od znajomych. Długi spłacał dziadek Mnerka lub brat Władysław. Prawdopodobnie dlatego Ojciec mój nie cierpiał mieć długów i kupować cokolwiek na raty, i niechętnie pożyczał pieniądze, a nawet książki.

Babcia najczęściej przemieszkiwała u swojego ojca w Głogowie Małopolskim lub Rzeszowie gdzie Rudolf Mnerka kupił dom i zamieszkał z drugą żoną, lub u brata Władysława w Gorlicach. Roman uczęszczał do szkoły w Tarnowie, a mieszkał na stancji u matki swojego przyjaciela Władka Müllera. Tylko w czasie ferii lub wakacji jeździł do Głogowa lub Gorlic. Śmierć ojca i duże zmiany w jego życiu spowodowały, że przestał się uczyć i więcej czasu poświęcał na wycieczki i zwiedzanie okolic Tarnowa niż na siedzenie w szkolnych ławkach.

Został karnie przeniesiony z II Państwowego Gimnazjum im. Hetmana Jana Tarnowskiego do III Państwowego Gimnazjum im. A. Mickiewicza. Jak wspominał, to gdzieś w trzeciej gimnazjalnej zaczął przykładać się do nauki, zaczęło mu zależeć na ukończeniu szkoły. Ponownie został usunięty z gimnazjum tuż przed maturą w 1928 r. Rodzice Władka Müllera i Romana przyjaźnili się z Ignacym Daszyńskim. Idee głoszone przez Daszyńskiego przyczyniły się do zorganizowania nielegalnego Związku Młodzieży Socjalistycznej w Tarnowie i Dębicy. Związek został jednak wykryty, a członkowie, wśród nich również Roman, zostali aresztowani i prawomocnymi wyrokami usunięci ze szkoły. Otrzymali również “wilcze bilety”, które uniemożliwiały im kontynuowanie nauki. Dopiero w 1931 roku dopuszczono Ojca do matury eksternistycznej, którą zdawał ze wszystkich przedmiotów w Gimnazjum nr V w Krakowie.

W latach 1928-31 mieszkał z matką w Gorlicach. Opiekę nad “niesfornym” siostrzeńcem sprawował mecenas Władysław Mnerka. W tym czasie przygotowywał się do eksternistycznego egzaminu maturalnego, jeździł do Krakowa, gdyż uczęszczał na roczny Wyższy Naukowy Kurs Spółdzielczy na Wydziale Rolniczym Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz wędrował po Łemkowszczyźnie, zaczął publikować swoje artykuły w “Ilustrowanym Kurierze Codziennym”.

Wycieczki, w których uczestniczyli gimnazjalni koledzy Ojca i kuzynostwo, to z jednej strony miłe spędzanie wolnego, a z drugiej strony to szkoła przetrwania w czasie letnich pieszych lub rowerowych wypraw z noclegami na biwakach, a zimą wędrówki na nartach z noclegiem w chłopskich chałupach. W czasie wycieczek zbierał Ojciec informacje, przeprowadzał pierwsze wywiady, w notatnikach robił rysunki budynków, wyposażenia chałup, rysował napotkanych wieśniaków, fotografował. W późniejszych czasach wymagał od swoich współpracowników i studentów tego czego On sam nauczył się w czasie tych pierwszych badań terenowych na Łemkowszczyźnie. Rada rodzinna zawyrokowała, że po zdaniu matury, pójdzie Roman w ślady swojego ojca i zostanie prawnikiem.

Nie było to rozwiązanie całkiem po myśli Ojca, który interesował się wieloma rzeczami, dużo czasu poświęcał między innymi na eksperymenty i doświadczenia chemiczne, w gimnazjum uczęszczał do klasy przyrodniczo-chemicznej. Studia na wydziałach nauk ścisłych były jednak droższe od czesnego na prawie. Poza tym, prawo studiował już w Krakowie syn Władysława Mnerki (wuja Romana), więc uznano, że nie będzie trzeba wydawać pieniędzy na zakup podręczników, a notatki z wykładów będą wspólne. Stopień magistra prawa uzyskał zatem w 1935 roku i podjął pracę w kancelarii notarialnej w Gorlicach.

W 1931 roku poznał Ojciec wielkiego pasjonata kultury ludowej, dyrektora Muzeum Etnograficznego w Krakowie, Seweryna Udzielę. Na rozmowach z Dyrektorem spędził niejedną godzinę. Seweryn Udziela, zdając sobie sprawę z zainteresowań mojego Ojca, zachęcał Go do pracy: zbierania materiałów o Łemkowszczyźnie, a także do podjęcia studiów etnograficznych na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W czasie studiów prawniczych (1933 r.) zaczął Ojciec uczęszczać jako wolny słuchacz na wykłady i seminaria profesorów Kazimierza Moszyńskiego i Kazimierza Dobrowolskiego w Katedrze Etnografii Słowian UJ.

Dyrektor S. Udziela, widząc niechęć Ojca do pracy w kancelarii notarialnej, a duże zaangażowanie w studia etnograficzne, podejmowanie badań terenowych i opracowywanie zebranych materiałów do publikacji, zaproponował Mu pracę w Muzeum Etnograficznym. Dostał Ojciec etat asystenta i “człowieka do wszystkiego”. Miał zajmować się zbiorami i ich udostępnieniem (wystawami) w Muzeum ale także remontami, sprzątaniem, pilnowaniem ekspozycji oraz “służby” (pracowników technicznych). Oprócz pensji otrzymał Ojciec służbowe mieszkanie na Wawelu nad pomieszczeniami muzealnymi w budynku po seminarium duchownym św. Michała na Wawelu, gdzie od 1914 roku mieściło się Muzeum Etnograficzne. Mając mieszkanie, mógł sprowadzić do Krakowa matkę i nianię, która była służącą w domu Babci.

Prace i studia podejmowane w latach 1930-1937 miały ogromny wpływ na dalsze życie zawodowe Ojca. Doświadczenia wyniesione z pracy w kancelarii notarialnej to przede wszystkim dokładne studiowanie map katastralnych, które często wykorzystywał w późniejszej pracy zawodowej przy opracowaniu układów rolnych opisywanych wsi. Kontakt z Sewerynem Udzielą i jego zachęta do pracy w terenie, prowadzenie własnych badań, utrwalanie, szkicowanie na papierze przedmiotów kultury materialnej (zeszyty z rysunkami i zapiskami), a w późniejszym czasie i fotografowanie, stało się integralną częścią życia mojego Ojca.

Tak więc będąc w terenie nie rozstawał się z zeszytem, ołówkiem i aparatem fotograficznym. Obserwując pracę Dyrektora Seweryna Udzieli, nauczył się Ojciec, że pracownik muzealny może robić wszystko, malować ściany, naprawiać eksponaty, opisywać muzealne zbiory, przygotowywać wystawy, oprowadzać zwiedzających, dostosowując poziom oprowadzania do możliwości odwiedzających muzeum. W latach późniejszych, kiedy współpracował z licznymi muzeami, tego właśnie chciał, żeby wszyscy robili wszystko, sam też starał się jak najwięcej pomagać w pracy muzealnej. Mnie przekazał tę zasadę o dostosowaniu poziomu oprowadzania do zwiedzającego.

Po zakończeniu wojny, w 1945 roku, pracował we Wrocławiu, gdzie reaktywował na uniwersytecie studia etnograficzne, w Krakowie prowadził zajęcia w Wyższej Szkole Nauk Społecznych, Akademii Sztuk Plastycznych, organizował Sekcję Zdobnictwa (późniejsza Pracownia Dokumentacji Sztuki Ludowej Instytutu Sztuki PAN) i był kustoszem w Muzeum Etnograficznym w Krakowie. W 1951 roku musiał wybrać, która placówka zapewni byt Jemu i rodzinie. Kierownictwo katedry etnografii we Wrocławiu “odpadło” pierwsze, bo Mama nie chciała się wyprowadzić z Krakowa. Konflikty z dyrektorem Tadeuszem Sewerynem oraz brak porozumienia co do kształtu Muzeum Etnograficznego w Krakowie, przyczyniły się do rezygnacji z funkcji wicedyrektora Muzeum. Wybrał kierowanie Sekcją Zdobnictwa w Państwowym Instytucie Badania Sztuki Ludowej, którą prowadził już od maja 1946 roku, a która zajmowała jedno pomieszczenie tzw. “duży pokój” w naszym mieszkaniu przy Karmelickiej 70.

Zajęcie dużego pokoju przez pracownię było wybiegiem, którego celem było usunięcie współlokatorów. Mieszkanie zostało zaanektowane przez moich Rodziców wraz z innymi mieszkańcami w styczniu 1945 r. Rodzice mieszkali wcześniej na ulicy Nadwiślańskiej w Podgórzu. W czasie wyzwolenia Krakowa Niemcy wysadzili most na Wiśle, a wstrząs pozbawił dom, w którym mieszkali, ściany szczytowej. Cały dobytek z Nadwiślańskiej na Karmelicką przewieźli na sankach. Na początku w każdym pokoju mieszkał kto inny, po jakimś czasie niektórzy lokatorzy wyprowadzali się do innych mieszkań lub dostawali pracę w innych miejscowościach i opuszczali Kraków.

Aby uchronić się przed dokwaterowaniem nowych osób, w jednym pokoju, w maju 1946 roku, umieszczono Sekcję Zdobnictwa, która miała początkowo działać przy Muzeum Etnograficznym. Już w 1951 roku Sekcja została włączona do Państwowego Instytutu Badania Sztuki Ludowej. Ojcu powierzono zorganizowanie nowej placówki, według założeń programowych opracowanych przez Niego. Pracownia realizowała program wielokierunkowych badań na genezą i historią polskiej sztuki ludowej, jej stanem współczesnym, powiązaniami z kulturą elitarną, z dorobkiem rzemiosła cechowego. Przez 34 lata kierował placówką i przez ten czas przemierzył wraz ze współpracownikami prawie cała Polskę. Zebrano wiele materiału w postaci wywiadów, rysunków, fotografii, a całe archiwum mieściło się w licznych szafach w “dużym pokoju”.

Na podstawie zbiorów archiwum powstało wiele opracowań i monografii, między innymi publikacje Ojca, jak Kowalstwo ludowe, Meblarstwo ludowe, Sztuka ludowa w Polsce i inne. Bliskość archiwum sprzyjała pracy naukowej. Mógł Ojciec chodzić do pracy i nie wychodzić z domu nawet przez cały tydzień, opracowując zebrany materiał, który zawsze miał pod ręką. Czas pracy był kompletnie nienormowany. Z jednej strony była to wygoda, ale w gruncie rzeczy w domu było ciasno. Rodzice i my, dzieci (Magda i ja) gnieździliśmy się w jednym pokoju, w którym pracował Ojciec. W drugim mieszkała Babcia, matka Ojca, trzeci pokój był przechodni. W Pracowni zatrudnionych było od 4 do 5 osób, przychodzili interesanci, którzy korzystali ze zgromadzonych w biurze materiałów. Pracownicy i interesanci przechodzili przez nasz środkowy pokój. Od czasu do czasu pojawiały się na horyzoncie jakieś propozycje zamiany, ale zwykle Ojciec się nie zgadzał, a jak już dojrzał do decyzji zamiany mieszkania, to czasy były niesprzyjające i Instytut PAN myślał o likwidacji Pracowni.

Niezwykle ważna dla mojego Ojca była praca dydaktyczna, którą rozpoczął jeszcze przed wojną, jako asystent prof. K. Dobrowolskiego. Prowadził praktyki terenowe we wsiach podkrakowskich ze studentami Wydziału Filozoficznego. W czasie wojny według wspomnień dr Anny Kowalskie-Lewickiej, prowadził zajęcia na tajnym uniwersytecie. W 1946 roku reaktywował katedrę etnografii na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie prowadził zajęcia i badania terenowe ze studentami.

Prowadził także w Krakowie zajęcia w Wyższej Szkole Nauk Społecznych oraz wykłady z zakresu sztuki ludowej na Akademii Sztuk Plastycznych (1948-1963) i w Katedrze Etnografii Słowian (do 1985 r.), a w 1957 r. reaktywował Katedrę Etnografii i Etnologii na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Początkowo reaktywowana placówka była katedrą usługową, dopiero w 1960 r. odbyła się pierwsza rekrutacja na pierwszy rok studiów etnograficznych. W Lublinie przeprowadzono trzy rekrutacje studentów. Przez dziesięć lat (do 1967 r.) dojeżdżał do Lublina, w którym spędzał pierwszy tydzień każdego miesiąca. Mieszkał w gabinecie. Z Krakowa brał wałówkę (nie lubił jeść w stołówkach i chodzić do restauracji), którą przygotowywała mu Mama.

W 1957 roku byłam małym i dość chorowitym dzieckiem, z początkowych wyjazdów Ojca nie wiele pamiętam. Jawią mi się przygotowania do wyjazdów, pakowanie cukru i herbaty do pudełek, metalowego garnuszka i koniecznie trzeba było pamiętać o grzałce. Walizka zawsze była duża, na początku “w ubranku” z zielonego materiału, później srebrna, ale zawsze ciężka. Asystentkami Ojca na UMCS były panie Małgorzata Matusek i Krystyna Marczakowa, które prowadziły zajęcia i ćwiczenia ze studentami. Komunikacja między Ojcem i asystentkami odbywała się listownie.

Ojciec zawsze bardzo chwalił lubelskich studentów, co wywoływało pewne napięcia na linii Ojciec – moja starsza siostra Magda, która była niewiele młodsza od studentów. Nie wiem, czy Ojciec liczył na to, że super zdolna Magda (same piątki) będzie studiować etnografię. Magda wybierała się na różne kierunki studiów od fizyki jądrowej poczynając. W 1963 r. dostała się na handel zagraniczny na SGPIS w Warszawie. Po inauguracji roku akademickiego okazało się, że po skończeniu prawa można robić drugi fakultet na SGPIS, więc Magdę przeniesiono do Krakowa na prawo, na którym świetnie sobie radziła, ale uważała zawsze, że jest niedoceniana przez Ojca, który wychwalał swoich studentów.

Ojciec uwielbiał młodzież. Chętnie organizował wycieczki piesze i uczestniczył w zimowiskach organizowanych przez drużynę harcerską starszej córki. W czasie zimowisk w Bukowinie Tatrzańskiej organizował wycieczki na nartach (nie uznawał jeżdżenia na oślej łączce), różne gry i psikusy. Pewnego razu, a było to w Wielką Sobotę (1 kwietnia) powiedział chłopcom, że żona wrzuciła ugotowane jajka do śnieżnej zaspy, żeby szybciej ostygły i jajka zniknęły. Najpierw chłopcy usiłowali zastosować różne wzory matematyczno- fizyczne i obliczali drogę jajek, przy uwzględnieniu, ciepła, tarcia, ciężaru itp., a potem chwycili za łopaty i przekopali cała zaspę.

Studentów swoich traktował po ojcowsku, a było ich w Lublinie tylko 13. Do zajęć przygotowywał się w Krakowie, pisząc konspekty wykładów, które zachowały się w spuściźnie (obecnie w Muzeum Etnograficznym w Krakowie), są one nawet zaopatrzone datami, kiedy poszczególne tematy były omówione na zajęciach. W Krakowie przeglądał prace studentów, a w listach do asystentek omawiał szczegółowo każdy materiał. Uwagi dotyczyły głównie postępów, zalecanej literatury oraz oceny prac. W liście do pani Krystyny Marczakowej czytamy:

Przesyłam w załączeniu cały posiadany w Krakowie materiał dotyczący Komańczy. Materiał K. bardzo mi się podoba. Oczywiście, że tu i ówdzie zdarzy się jakieś niedociągnięcie ale to wynika z małego jeszcze doświadczenia terenowego. Natomiast na pierwszy plan wysuwa się sumienność i uczciwość w naukowej robocie co daje jak najlepsze perspektywy dla dalszej pracy etnograficznej tej dziewczyny. Każdy jej wywiad jest w drobnych szczegółach inny, co wskazuje na porządne notowanie i nie sugerowanie się czy wręcz przepisywanie z innych wywiadów prowadzonych na ten temat. Proszę ją w moim imieniu bardzo pochwalić, to samo należy się za Komańczę AP., która mimo całego swego roztargnienia i postrzelenia dała serię inteligentnych i ciekawych wywiadów. […] Co do materiałów (dalszych) G. i W. to G. uprawia to co P. : wykorzystuje materiały z jednego wywiadu w sprawozdaniach następnych (odpisywanie od siebie samego) co oczywiście obniża wartość materiałów, poza tym niechlujnie w terenie notuje i niechlujnie przepisuje skutkiem czego do wywiadu dostają się jedynie ochłapy z wywiadu i to przekręcone (piszę to na podstawie tego co znalazło się w sprawozdaniu ze wspólnego wywiadu ze mną u sołtysa). […] Co do odpisanych wywiadów G. i W. to proszę ich uświadomić, że: 1/ oddanie odpisanych wywiadów jest zwykłym oszustwem, które dyskwalifikuje badacza moralnie, a w wypadku pracy płaconej jest zwykłym sądownie karalnym przestępstwem. Oczywiście tego rodzaju konsekwencji nie mam zamiaru w stosunku do nich wyciągać gdyż sądzę, że zrobili to raczej z głupoty niż ze złej woli. Nie mniej konsekwencje muszą ponieść w tej formie, że badania powtórzą. W przeciwnym razie nie zaliczę im metodyki badań terenowych, gdyż badania w Komańczy były równocześnie ćwiczeniami w tym zakresie. […] żeby nie odpisywali powinni zrobić dwie zupełnie różne miejscowości, jedną niech będzie Komańcza, drugą Bartne – jak się podzielą ich sprawa. Koszta badań na razie poniosą z własnej kieszeni, ewentualnie można im za pokwitowaniem pożyczyć. […] Kwotę tą będą musieli zwrócić z wynagrodzenia za pracę, ale jeżeli wyniki powtórnych badań będą na poziomie wtedy koszta podróży zostaną im zwrócone. Badania muszą być przeprowadzone szybko, gdyż jest koniec roku i do grudnia wszystkie sprawy finansowe musza zostać ukończone. Należy im wydać odpowiednie zaświadczenia na badania z pieczątką katedry.

Przy ocenie prac zwracał uwagę na zawartość merytoryczną oraz na rysunki, szkice i plany dołączone do opracowania. Pisanie pracy magisterskiej lub doktorskiej lub jakiegoś opracowania pod kierunkiem Ojca, było trudne gdyż był bardzo wymagający i prace trzeba było ciągle uzupełniać i poprawiać. Z dokumentów jednak widać, że taka współpraca była dobra. Wszystkie prace magisterskie studentów z Lublina były wysoko ocenione przez recenzentów, tak samo jak prace doktorantów.

Czasami rozwiązywał kłopoty studentów po rodzicielskiej interwencji. W korespondencji znajduje się list zrozpaczonej matki, której córka ma kłopoty sercowe i nie chce zdawać egzaminów u “Taty” (jak studenci nazywali Ojca), bo się boi, że nie umie. Matka prosi w liście, żeby Ojciec coś zaradził. O ile wiem, dziewczyna skończyła etnografię.

Studenci wiedzieli, że mogą liczyć zawsze na mojego Ojca, nawet wtedy, kiedy już dawno studia skończyli i pracowali zawodowo. Pisali do Niego listy, które często zaczynały się od słów Kochany Tato. Ojciec miał duże poczucie humoru, sam płatał różne kawały innym, ale też nie obrażał się, jak Jemu zrobiono psikusa. Lubił spędzać czas z młodzieżą przy ognisku.

Dużym ciosem było dla Ojca zakończenie w 1967 roku działalności Katedry Etnografii i Etnologii UMCS. Nic nie pomogły pisane w 1965 r. “Memoriały w sprawie rekrutacji studentów etnografii na UMCS w Lublinie”, ani pisma do Ministra. 28 listopada Dziekan Wydziału Humanistycznego doc. dr Stanisław Krzykała powiadomił Ojca, że uchwałą Rady Wydziału dziękuje za 10-letnią pracę jako kierownika Katedry i dodaje, że “UMSC wdzięczny jest za wykształcenie 12 magistrów i 5 doktorów, którzy reprezentowali wysoki poziom wiedzy i tym samym będą w stanie dobrze przysłużyć się nauce i społeczeństwu”.

Ze swoimi studentami spotykał się Ojciec co roku na zjazdach absolwentów w Lublinie. W 1997 roku studenci przyjechali na Jego urodziny do Krzywaczki, a wspólnemu wspominaniu nie było końca. Z “lubelskich dzieci” był bardzo dumny, cieszyły Go ich osiągnięcia zawodowe. W liście do Dziekana pisał : Najcenniejszą dla mnie nagrodą jest tych 12 magistrów, z których 9 znajduje się już na posadach. Informacje, które do mnie dochodzą o ich pracy wskazują, że nie przynoszą oni wstydu Uczelni, która ich do zawodu przygotowała.

* * *

Praca naukowa Ojca i Mamy, udział od najmłodszych lat w badaniach terenowych, ciągłe dyskusje Rodziców na tematy etnograficzne i obserwacja tworzenia nowej ekspozycji w Muzeum Etnograficznym w Krakowie, spowodowały, że nie miałam najmniejszych wątpliwości przy wyborze studiów. Skończyłam etnografię w Uniwersytecie Jagiellońskim, zaczęłam pracować w spółdzielni cepeliowskiej “Millenium” w Krakowie, później “budowałam” skansen w Nowej Hucie, niestety brak funduszy udaremnił jego powstanie, aż wreszcie zostałam pracownikiem Muzeum Etnograficznego.

TESTTT